INDIE – CZEGO SIĘ BAŁAM ?

Indie są krajem, o którym mówi się bardzo dużo, przede wszystkim jednak niestety bardzo dużo złego. Złą reputację zawdzięczają przede wszystkim mediom, które uwielbiają rozdmuchiwać sensacyjne tematy. Udany wyjazd oraz pozytywne wrażenia z pewnością do takowych nie należą. Za to incydenty napaści, kradzieży czy gwałtów już zdecydowanie TAK.

Zła reputacja.

Po moim pierwszym wyjeździe do Indii (rok 2017) spotkałam się z pierwszymi reakcjami znajomych, w kontekście wyboru tej destynacji. Większość była zdziwiona, że w ogóle „odważyłam się” na Indie, część była nastawiona jednoznacznie negatywnie (chciałbym/chciałabym zwiedzać świat, ale Indie …to nie dla mnie) podczas gdy na palcach jednej ręki mogłabym policzyć osoby rozentuzjazmowane.  

Babcia, gdy się dowiedziała, prawie dostała zawału. Szczególnie że w podróż leciałam z mamą i w jej oczach, stanowiłyśmy łatwy łup do porwania, a przynajmniej napadnięcia. Zaznaczę, że była to wycieczka zorganizowana przez biuro podróży, więc ryzyko niebezpieczeństwa już na wstępie było maksymalnie zminimalizowane.

Nowe Delhi

Czy obawiałam się czegoś przed podróżą ?

W kontekście strachu przed niebezpieczeństwem, bez wątpienia – nie. Kilkukrotnie już wspominałam na blogu, że jest raczej niewiele rzeczy, których się boję. Czytam również media niezależne i blogi, na których prawdziwi podróżnicy tworzą opinie o miejscach, które sami odwiedzają. Zupełnie inaczej niż w tradycyjnych mediach, gdzie opiniotwórstwo na temat Indii, opiera się na złych wydarzeniach, relacjonowanych przez osoby trzecie.

Indie, a co my tam będziemy oglądać ?

Przede wszystkim miałam wątpliwości względem programu wycieczki, która zakładała zwiedzanie Nowego Delhi, Mandawy, Jaipuru, Fatehpur Sikri oraz Agry. Wydawało mi się że, to co mamy zobaczyć, poza Taj Mahal będzie … nudne.

Nic bardziej mylnego.

W błędne myślenie niewątpliwie wprowadziły mnie zdjęcia zamieszczone pod poszczególnymi hasłami w dziale grafiki google, ponieważ wszystko wyglądało tak jakoś – nijako. Stare, niespecjalnie atrakcyjne architektonicznie budynki, forty i brudne ulice. Rzecz w tym, że Indie to przede wszystkim klimat, który tworzą ludzie. Można zobaczyć setki zdjęć, nawet najlepszych, ale one nie oddadzą atmosfery zarezerwowanej jedynie dla odwiedzających. Spojrzenie zarejestrowane przez obiektyw, nie wywoła emocji, które Cię dotkną, gdy ten sam wzrok spotka Cię oko w oko.

Zabytkowa architektura indyjska okazała się dla mnie zaskakująco elegancka a wręcz wyrafinowana. Największe wrażenie zrobiły na mnie ornamentalne zdobienia. Diabeł tkwi w szczegółach, a te z Pałacu Miejskiego w Dżajpurze, zainspirowały mnie nawet do nowej dziarki.

Aklimatyzacja.

Pierwszego dnia na ulicach Nowego Delhi, byłam poddana procesowi aklimatyzacji z zupełnie inną, nieznaną mi dotychczas kulturą oraz obserwowaną namacalnie sytuacją społeczną. Czułam się lekko oszołomiona, ponieważ tak wiele bodźców jednocześnie atakowało moje zmysły, że trudno było o jakiekolwiek refleksje. Na te trzeba było poczekać do wieczora. Potrzebowałam pierwszych 24 godzin, aby dać się wciągnąć w indyjską rzeczywistość.

Przejazd rikszą po ulicach Nowego Delhi.

Piloci wycieczek nie chcą, byś na obcej ziemi poczuł się zbyt komfortowo. Uważajcie na Indie !

Zauważyłam wśród pilotów/pilotek egzotycznych objazdówek, tendencję do utrzymywania grupy w stanie pewnego dyskomfortu. Proszę się nie oddalać, miasto jest niebezpieczne, nocą lepiej nie wychodźcie z hotelu.

Podczas gdy w trakcie wieczoru integracyjnego lub po prostu przy szczerej rozmowie, okazuje się że sami podróżowali po tych samych miejscach na własną rękę, z plecakiem i często samotnie. Rozumiem, że takie przestrogi mają na celu trzymać grupę razem i usprawnić przebieg wycieczki, ale z drugiej strony programują świadomość uczestników na czyhające niebezpieczeństwo co w konsekwencji wpływa na zwiększenie prawdopodobieństwa, że klientowi nie przyjdzie do głowy, by w kolejną podróż wybrać się samemu.

Słuchajcie, co mają do powiedzenia, ale nie łykajcie wszystkiego, tylko dlatego, że mówią to z perspektywy znawcy regionu. Obserwujcie, analizujcie i wyciągajcie własne wnioski.

Jaipur – częsty widok na indyjskich ulicach, do którego ciężko się przyzwyczaić.

Druga podróż. Indie i kobieta solo.

Na początku tego roku byłam w Indiach po raz drugi, tym razem poleciałam samotnie. Moim celem był Rishikesh, gdzie uczestniczyłam w miesięcznym kursie instruktora jogi. Indie są kolebką oraz wciąż aktualną stolicą światowej jogi. Ze względu na fakt, że to właśnie tam około pięć tysięcy lat temu zrodziła się filozofia jedności ciała i umysłu. Polecam wszystkim zainteresowanym tematyką do odwiedzenia Rishikeshu, zupełnie niekoniecznie w celu zdobycia kwalifikacji, ale po to, by samemu praktykować i doświadczyć niezwykle duchowej atmosfery.

Czego-bałam-się-w-indiach-blog-podróżniczy-z-dala-od-domu-8.jpg
Rishikesh – w Indiach bez przerwy ktoś będzie prosił Was o wspólne selfie lub zdjęcie.

Tym razem już trochę się bałam.

Po powrocie z pierwszej podróży, polecałam Indie wszystkim, zaznaczając, że jest to miejsce, gdzie jako kobieta, nie wybrałabym się sama, w przeciwieństwie do odczuć względem innych azjatyckich krajów. Bardzo chciałam zrobić backpackerskiego tripa po tym niesamowitym kraju, ale zdecydowanie w towarzystwie przynajmniej jednej osoby, a najpewniej czułabym się grupą 4-6 osobową.

Podejmują decyzję o tym wyjeździe, oczywiście miałam na uwadze, że całkiem sama będę musiała spędzić tylko kilkanaście godzin, wliczając w to kilkugodzinną przesiadkę na lotnisku w Nowym Delhi oraz dojazd do szkoły z kolejnego lotniska.

Lotniskowe turbulencje.

W kierunku Indii wylatywałam z wietnamskiego Da Nang i serio jakikolwiek stres poczułam dopiero po wyjściu z samolotu w Nowym Delhi. Zapewne między innymi w związku z tym, że była godzina 1:00 w nocy. Niestety to lotnisko jest tak zaprojektowane, że tuż po odbiorze bagażu musisz z niego wyjść, a po przejściu przez drzwi nie masz możliwości ponownego wejścia, chyba że z biletem. No i ja ten bilet miałam, ale na godzinę 8:00 rano. Po wyjściu z budynku wszędzie stali hinduscy mężczyźni — setki. Nie przesadzam. W ich morzu spotkałam raptem kilka kobiet, które patrzyły na mnie albo z czymś w rodzaju pogardy, albo odwracały wzrok. Wszystkie były u boku swoich mężów.

Wiecie jak to jest w nocy – STRACH MA WIELKIE OCZY.

Zanim znalazłam wejście do hali wylotów, trochę pospacerowałam, pytając o wskazanie kierunku. Prawie wszyscy chcieli pomóc, tylko każdy mówił coś innego (P.S. to takie typowe dla narodu Indyjskiego — nawet jak nie wiedzą, to nigdy się do tego nie przyznają. Zawsze dostaniesz odpowiedź, choćby miała być wyssana z palca. Takie już są Indie).

W drzwiach strażnik zmierzył mnie wzrokiem, po czym rzucił – TO NIE TU. No okej, to gdzie ? Przekierował mnie na zupełnie inny terminal, gdzie miałam dojechać lotniskowym autobusem. Nie czekając na nic, udałam się na przystanek. Podjechał. Obskurny, ciemny wewnątrz i obsadzony rzecz jasna samymi mężczyznami.

Usiadłam sobie i robiłam minę pewnej siebie (nie wiem, co to jest za mina, ale pamiętam, że o tym myślałam). Podszedł do mnie kanar i prosi o bilet, a ja biletu nie miałam, gdyż udzielono mi informacji, że transport między terminalami jest darmowy. Ja do niego po angielsku, a on do mnie po indyjsku. No i fajnie się nam konwersowało, aż zobaczyłam w jego oczach wkurw, że nie mam hajsu. No bo ja nie miałam ani marnej rupii przy sobie i wtedy mi się przypomniało jak dobrze mieć rezerwowego dolara (jeden jedyny ostatni, oprócz tego jeszcze 100$ ale jestem pewna, że nie dostałabym z tej kwoty reszty).

Jaipur – świątynia małp.

Pani nie ma prawa tu wejść.

Sprawa biletu rozeszła się po kościach, ale minęło kilka minut a my, zamiast dojeżdżać do terminalu wjechaliśmy na autostradę i ciśniemy równo.  Tablice informacyjne napisane są w hindi, więc pojęcia nie miałam, dokąd jedziemy. Po piętnastu minutach wysiadłam w docelowym miejscu, uff.

Przygotowałam bilet, paszport i podchodzę do kolejnego strażnika. Patrzy to na mnie to na bilet to na paszport. Proszę Pani, ale na tym bilecie nie ma Pani imienia i nazwiska, w takich przypadkach nie wpuszczamy na teren lotniska, proszę zorganizować imienny bilet. COOO? Ale jak ja mam o 2 w nocy to zorganizować ? Nie mając internetu, gdyż tak się składa, że wifi na lotnisku w Delhi nie działa.  Stoję przy nim zdezorientowana i mówię, że nie mam możliwości zrobić tego teraz i tu. Stoję i nie odchodzę, po 3 minutach zlitował się i pokazał mi, gdzie jest punkt obsługi klienta. Później poszło już gładko, szczególnie jak na Indie.

Czy moja taxa przyjedzie ?  

Tak przyjechała, ale przejazdy taksówkami w Indiach należą do intensywnych przeżyć. Mianowicie kierowcy zatrzymują się na środku drogi (również zdarzyło mi się to na środku atostrady w drodze powrotnej z Rishikeshu do Delhi) i podchodzą do innych samochodów, stukając w okno kierowcy. Rozmawiają, pytają o drogę, dyskutują. Ci, na których ja trafiłam, niestety nie mówili po angielsku, więc sytuacja była dość niekomfortowa (tylko dla mnie rzecz jasna), ponieważ nie mogłam się dowiedzieć, co się dzieje. Trzeba się do tego przyzwyczaić i nie rozbuchiwać wyobraźni, choć będąc w nowej rzeczywistości, tak bardzo odległej od naszej, nie jest to łatwe zadanie.

Indie a higiena.

To jeszcze jeden aspekt, którego się obawiałam. Przed wyborem szkoły, zrobiłam obszerny research w poszukiwaniu najlepszej, według moich subiektywnych standardów. Pod uwagę brałam kameralność grupy uczestników i podejście do filozofii, a nie warunki mieszkalne. Większość komentarzy była pozytywna, ale między nimi znalazłam i takie o brudnych pokojach, karaluchach i brudnej wodzie pod prysznicem. To był dosłownie 1%, więc założyłam, że po prostu trafiło na kogoś ę-ą. Znałam standardy indyjskie i moje oczekiwania, były dostosowane do tamtejszych realiów.

Czego-bałam-się-w-indiach-blog-podróżniczy-z-dala-od-domu-9
Nowe Delhi – Wielki Meczet.

GANGES – święty ściek.

Miasto, w którym stacjonowałam, położone jest nad świętą rzeką Ganges, która słynie z tego, że jest jedną z najbardziej zanieczyszczonych rzek na świecie. Hindusi wierzą, iż kąpiel w jej nurcie obmywa z grzechów, a przy tej okazji dokonują codziennej ablucji. Wchodząc w szczegóły, myją w niej swoje miejsca intymne, a z tego co, nam mówiono w szkole jogi, również dokonują czegoś w rodzaju lewatywy bez oprzyrządowania do lewatywy. Nabierają, wiecie czym wodę, po czym skaczą lub wykonują inne ruchy i wydalają zanieczyszczenia. Taka kultura, takie wierzenia. Niemniej jednak źródło Gangesu jest oddalone około 250 kilometrów od Rishikeshu, w związku z czym rzeka jest na jego wysokości wciąż przepięknie czysta, co diametralnie zmienia się wzdłuż jej dalszego biegu.

W mojej szkole było naprawdę okej i nie mogłam na nic narzekać. Standard gorszy niż na koloniach, ale pamiętajcie – THIS IS INDIA. Jedyne co mi doskwierało to brak jakiejkolwiek szczelności między oknem a framugą, przez co w nocy musiałam mieć na sobie kilka grubych warstw i porządną pierzynę.

Kąpiele w Gangesie.

Jedzenie i zatrucia pokarmowe. 

Odwieczny temat związany z jedzeniem na mieście w państwach o wątpliwej higienie. Otóż nie bałam się lokalnych barów i kantyn. Nie zaglądałam do kuchni, nie rozmyślałam o tym, w jakich warunkach dania są przygotowywane. Po prostu nie zaprzątam sobie głowy rzeczami, na które nie mam wpływu, a i tak muszę z nich skorzystać. Poza tym nauczyłam się na Bali (gdzie po „fancy” rsetauracji dopadło mnie jedno jedyne na 5 miesięcy zatrucie pokarmowe), że im bardziej lokalne miejsce i serwowane dania, tym lepsza ich jakość i prawdziwość.

Samotna eksploracja Rishikeshu.

Będąc w Rishikeshu przeżywałam bardzo spirytualne chwile i uczyłam się medytować inaczej niż dotychczas. Chciałam pogłębić dialog z samą sobą dlatego, kiedy była taka możliwość, wychodziłam na samotne, długie spacery. Miasto owiane jest otoczką dobrej aury i spokoju filozofii jogi, mieszka tutaj na stałe lub czasowo wielu obcokrajowców, stanowiących społeczność w rodzaju współczesnych hipisów. Właśnie tak opisałabym panującym tam klimat. HIPISOWSKI. Za dnia czułam się absolutnie bezpiecznie, jednak po zmroku (raz zdarzyło mi się zasiedzieć na koncercie lokalnej muzyki) już dopadł mnie pewien dyskomfort, szczególnie, że akurat nie miałam przy sobie żadnej kasy na taksówkę a do szkoły  jakieś 25 minut drogi. Zupełnie niepotrzebnie to jest z najbezpieczniejszych regionów Indii.  

Rishikesh on backdrop.

Indie dla Superdziewczyn.

Najdosadniejszym obaleniem mitów o PEWNYM zagrożeniu samotnie podróżujących kobiet, było dla mnie kilka dziewcząt z kursu, które same podróżowały po Indiach od kilku tygodni nawet do kilku miesięcy. Żadna nie miała złych doświadczeń, każda przestrzegała podstawowych zasad bezpieczeństwa. Pamiętajcie, że tripując w backpackerskim stylu, będziecie sypiać w hostelach, gdzie spotkacie takie same jak Wy duszyczki. Trzeba naprawdę mocno się starać, żeby w takiej podróży być samemu. Odradzały jedynie podróżowanie nocnymi autobusami, zdecydowanie pewniej czuły się w pociągach.

Nauczyciel Hatha jogi zaprosił nas na wesele swojej siostry, to było party !

Indie backpackersko ?

No niestety, ale nie mam takich jaj i sama nie chciałabym tego kraju zwiedzać. Zupełnie czymś innym jest zatrzymanie się w jednym, dwóch miastach na dłużej niż ciągłe przemieszczanie się w poszukiwaniu przygód, bo właśnie z tym jest mi bliskie podróżowanie. Z Oskarem jak najbardziej, we dwoje raźniej i mężczyzna jest w Indiach traktowany zupełnie inaczej, zresztą tak samo, jak kobieta u boku mężczyzny.

Big city life.

Miałam okazję rozmawiać z kilkoma reprezentantami wielkomiejskiego pokolenia i z ich relacji płyną dobre wieści. Sytuacja zaczyna się zmieniać na lepsze, dla kobiet i dla społeczeństwa ogólnie. Na razie głównie w dużych miastach właśnie, ale kilka lat temu jeszcze nie było mowy o równym traktowaniu prawnie obu płci — w żadnym przypadku.Nawet jeśli mężczyzna wyrządził kobiecie krzywdę, to ona była winna, ponieważ go sprowokowała.

Dzisiejsze Indyjki edukują się, pracują w administracji i robią karierę w korporacjach. Vishaka – poznana na jodze dwudziestopięciolatka z Nowego Delhi była dla mnie żywym przykładem silnej, świadomej, wyedukowanej, dążącej do celu kobiety. Na zakończenie spotkaliśmy się w miejscowym barze wraz z jej znajomymi, gdzie opowiadali o życiu dokładnie takim, jakie my prowadzimy w miejskiej dżungli. W zupełnym kontraście do obrazów oglądanych na ulicach wiosek oraz małych miasteczek, szczególnie położonych gdzieś u podnóża Himalajów.

Bałam się powrotu do zachodniej rutyny.    

Serio. Duchowe uniesienia, przemyślenia i sposób patrzenia na świat, których doświadczałam w Rishikeshu, chciałam zatrzymać na zawsze. Wiedziałam jak trudne to będzie, gdy przeniosę się z powrotem do naszej rzeczywistości. Tam wyciszenie się przychodzi z łatwością, ponieważ otoczenia temu sprzyja. I wcale nie chodzi o ciszę, ponieważ Indie to jeden z najgłośniejszych krajów, ale o klimat, który unosi się w powietrzu.

Po prostu Hindusi mają niesamowitą umiejętność czerpania szczęścia z tego, co mają. Po powrocie chciałam prowadzić spokojne życie bez pogoni za niczym, ale gdy wylądowałam w domu, po dwóch tygodniach stwierdziłam, że tak nie umiem. Nie chodzi o pogoń za hajsem, chociaż nie da się ukryć, jest on niezbędny do funkcjonowania, ale przede wszystkim o spełnienie. Nie mogłabym w naszym świecie być spełniona będąc po prostu, wyciszoną osobą, która sadzi warzywa w ogródku i ma autonomiczny domek. Natury nie oszukasz. Od zawsze chciałam robić swoje projekty, to mi daje satysfakcję, ale przede wszystkim po prostu szczere szczęście i spełnienie.

Jaipur – Pałac Miejski.

Indie na Was czekają.

Mimo kilku chwil ścisku żołądka, mój drugi wyjazd do Indii był absolutnie fantastyczny i pod żadnym pozorem nie niebezpieczny. Panie i Panowie nie bójcie się. Jeśli podróż na własną rękę na pierwszy raz to dla Was zbyt dużo, wybierzcie się z biurem podróży. Po rozpoznaniu tematu na spokojnie będziemy mogli zadecydować czy następnym razem wybralibyście się sami.

Indie wzbogacają i oszlifowują wnętrze. Unaoczniają jak wiele mamy, jak powinniśmy być wdzięczni i szczęśliwi. Uczą cieszyć się z małych rzeczy, bycia życzliwym i obdarowywać przypadkowych przechodniów uśmiechem. Ten uśmiech to tak niewiele a zmienia wszystko. Zdecydowanie na mojej liście najbardziej wartościowych miejsc, podobnie jak nepalskie Himalaje.

Henna ślubna.

PEACE

Bądź na bieżąco!

Nie martw się, nie będziemy spamować

Wyrażam zgodę na wysyłanie newslettera przez Z dala od domu.

One thought on “INDIE – CZEGO SIĘ BAŁAM ?”

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: