7 grzechów głównych Bali

Bali, ah Bali. Miejsce spowite atmosferą bajeczności. Każdy chciałby polecieć na Bali, czy się mylę? Jeśli tak to obudźcie mnie z nieświadomości. Sama byłam do niedawna w gronie wyznawców „balizmu”, choć im bliżej wylotu do Denpasar, tym większy łapałam dystans względem wszystkich superlatyw, które na temat tej indonezyjskiej wyspy usłyszałam.

Wyjątkowym popularyzatorem Bali, jest w dzisiejszych realiach bez wątpienia Instagram, na którym aż roi się od perfekcyjnych zdjęć wśród tropikalnej roślinności, ryżowych pól, hipnotyzujących wodospadów czy niebiańskich plaż. Profile wielu influencerów bazują na balijskim klimacie, a tamtejsze luksusowe hotele oraz resorty to jedna z najprężniej działających maszyn napędowych tamtejszej turystyki. Basen otoczony palmowym gajem, wybornie wyglądające dania i super zgrabna dziewczyna w bikini z ewentualnie całującym ją przystojniakiem. Rzeczywiście Bali jest fenomenalne pod względem fotogeniczności, natura i kilkuwiekowe świątynie zamknięte w ramach kadru, tworzą klimat wprost mistyczny.

No to o co mi chodzi z tymi grzechami Bali ?

A no właśnie o to, że to jak powszechnie wiadomo, media społecznościowe przekłamują rzeczywistość. Nam udało się znaleźć sposób na to, aby z 4 tygodni Indonezyjskiego przystanku uczynić prawdziwą frajdę, ale to co najlepsze, znajdowało się poza Bali. Jeśli jesteście wymagającymi graczami podróży, chcę wyjść Wam naprzeciw i w kolejnym artykule znajdziecie przewodnik o tym, jak sprawić, aby wyjazd na Bali (nie ograniczając się jedynie do tej wysepki) nie był rozczarowaniem i zapadł w pamięć, w pozytywnym kontekście.

Wracając do social mediów

Fascynujący jest dla mnie mechanizm ich działania. Niby każdy z nas posiada już głęboką świadomość, w jakim celu i jakimi metodami kontent mediów społecznościowych jest tworzony. Przede wszystkim odpowiednie kadrowanie, tak by w ramce zawarte było tylko to, co chcemy ujawnić. A może tuż za jej granicą jest kupa śmieci? Nałożenie odpowiedniego filterka –  choć zieleń na Bali jest intensywna to kontrast i saturacja sprawiają, że fotka staje się jeszcze bardziej sexy. Usuwanie niepożądanych obiektów oraz wielokrotna ekspozycja (łączenie ze sobą dwóch lub więcej zdjęć) to równie częste zabiegi. Być może stosowane są już przez bardziej zaawansowanych instagramerów, ale po dogłębnej analizie wielu tablic blogerów/instagramerów podróżniczych, zauważam je, na co trzecim koncie. I wiedząc to wszystko i tak nasza podświadomość nabiera się prawie za każdym razem na te niewyszukane sztuczki.

Bali, wodospad Sekumpul

Realia kontratakują

Bali jest dla mnie właśnie jednym z tych miejsc, których urok na obrazkach oraz w wyobrażeniach jest żywszy, niż w zderzeniu z rzeczywistością. Żeby nie być gołosłowną, przygotowałam listę subiektywnych argumentów tej opinii.

7 grzechów głównych BALI

I. KOMERCJALIZACJA

Temat rzeka, ale dla mnie najważniejsza pozycja na zamieszczonej liście, ponieważ pośrednio jest zapalnikiem części z kolejnych grzeszków. Bali stało się maszynką do zarabiania pieniędzy przez Balijczyków, którzy mają wielkiego farta, że to akurat ich wyspa została wylansowana. Umyślnie odnoszę się do rdzennych mieszkańców tej wyspy, ponieważ napływowi Indonezyjczycy chcący tam zarabiać lub – co gorsza – robić własne interesy, są traktowani niby persona non grata.

Z pewnością ważną rolę w popularyzacji Bali odegrała jej niemuzułmańskość. Bali kojarzy się, a wręcz słynie z osobliwej kultury oraz tradycji. Jednolite etniczne stroje mężczyzn oraz kolorowe, zdobione szaty kobiet to niestety na dziś powidoki minionych lat, a nawet dekad. Wyjeżdżając na wakacje, raczej ich nie doświadczycie, chyba że w zainscenizowanej wersji, podczas wieczorku kulturowego, przygotowanego pod publiczkę. Oczywiście ceremonie oraz świętowanie nie zniknęło całkowicie z życia wyspiarzy i wciąż są bardzo silnie przywiązani do swoich niezwykłych wierzeń, jednak na co dzień  nie mają czasu na pielęgnację obyczajów.

Kolejnym aspektem komercjalizacji, są rozrastające i zmieniające się w antylopim tempie miasteczka. Canggu oraz Ubud, które były dla nas absolutnym rozczarowaniem to coś w rodzaju jądra piekła. W pierwszym z nich nie zaznacie ni krzty balijskości. Wręcz przeciwnie, czuliśmy się tam jak w jednym z Zachodnich kurortów – znane markowe sklepy, hipsterski lokal na jeszcze bardziej hipsterskim barze, hałas, zgiełk, masa pijanych i wszechobecny turystyczny LANS. To nie jest miejsce, do którego jedziesz zaznać lokalnej kultury, ale takie, w którym prędzej poczujesz się zobowiązany do nienagannej stylówki oraz do popijania wyszukanych drinków. Z kolei Ubud, samo w sobie jako miasto to po prostu zatłoczone, zakorkowane i buchające spalinami ulice.

II. Alkoturystyka

Zjawisko, którego nie zaznaliśmy nigdzie indziej na naszym tripie. Co ciekawe już w samolocie z Melbourne do Denpasar mieliśmy okazję doświadczyć jego namiastki. Mianowicie, na pokładzie znalazły się dwie już mocno wstawione Australijki, które przez całą drogę dodawały do pieca oraz darły się wniebogłosy, rozprawiając ma tematy odpowiednie dla stereotypowych maniur/lachonów. Pazkonietki, która z kim ostatnio się przespała oraz oczywiście obgadywanie nieobecnych koleżanek. Najdziwniejsze w tym całym zamieszaniu było to, że nikt z załogi pokładowej nie zwrócił im ani razu uwagi. Nie jestem w tym momencie pewna, które to były linie, ale na 98% Jetstar.

Wspomniane w grzeszku nr I Canggu wraz z Kutą to królestwa alkoturystyki. Miasteczka są bazą imprezową a to, co się na takich imprezkach dzieje, przeszło moje oczekiwania. Na plaży gra niewyborny DJ, repertuarem dysponuje słabszym niż przeciętnym, a na parkiecie trwają przygotowania do orgii. Jedne z nich się ziszczą się jeszcze tej nocy, a inne zapadną w niepamięć wraz z wracającą trzeźwością.

Kac Canggu

Ale to jeszcze nic, największym hitem jest mieszczący się w centrum parkietu TATTOO TABLE (lubię bawić się w kontekstowe słowotwórstwo). Jest to nic innego jak stolik, przy którym możesz sobie zrobić dziarkę z melanżu. W stanie grubego narąbania czy też pod wpływem środków euforyzujących może się to wydawać genialnym pomysłem. Alkoturystom otwierają się portfele i puszczają lejce. Choć sama mam na sobie około 15 tatuaży, nie chciałabym obudzić się rano nowym wzorem od randomowego tatuatora. Jego wątpliwa jakość oraz stylistyka to jedno, ale największe obawy miałabym zapewne w związku z zachowanymi bądź co gorsza niezachowanymi zasadami bezpieczeństwa oraz higieny. Czy igła została zmieniona ? Kto to wie.

Alkoturyści nie mają żadnych granic. Szczególnie jeśli są typowymi reprezentantami tej grupy, im większy robią syf, tym bardziej są z siebie dumni. Niekończące się krzyki, niemoralne propozycje oraz pseudo zwłoki walające się po podłodze to w tych miejscach norma. Powiedzcie sami, czy chcielibyście wyjechać do odległego, egzotycznego miejsca, aby zastać to, co można spotkać w każdej gorszej mordowni dużego miasta ? Nie widzę w tym sensu.

bali-blog-podróżniczy-z-dala-od-domu
Bali, Canggu

III. ZATRUWANIE ŚRODOWISKA            

Moje serce kraje się na samą myśl rozwijanego tematu. Jednym z największych problemów współczesnej Indonezji są śmieci. I akurat w tej kwestii Bali nie jest autonomiczne, ale jak najbardziej wpisuje się w model całego państwa.

Śmieci

Śmieci są praktycznie wszechobecne: na ulicach, przy domach, na plażach, a także w przytłaczających ilościach — w wodach. Akurat w tym przypadku nie należy mówić o przyczynieniu się do rozwoju sprawy przez wczasowiczów. Jednak w większość zachodnich państw, świadomość na temat ochrony środowiska oraz dbałości o czystość i porządek jest nokautująco wyższa, niż w krajach Azji południowo-wschodniej.

Indonezja cierpi na brak edukacji w kwestiach postępowania z odpadami. Co gorsza, przemysł spożywczy chcąc zarobić jak najwięcej, sprzedaje wszystkie możliwe produkty w wersjach mini. Każda mini rzecz opakowana oczywiście w kolejną porcję plastiku. W książce pt. Indonezja itd. Studium nieprawdopodobnego narodu (którą serdecznie polecam, jeśli komuś chodzi po głowie Indonezja i nie tylko :-), autorka pisze o absurdzie opakowań cukierków, które po upuszczeniu na ziemię trzeba nadepnąć butem, aby uformowało się z nich coś w rodzaju kolorowego kwiatka.

Kto jest temu winien ?

Wiele myślałam na temat śmieci, będąc na tej wyprawie i nie potrafię winić tamtejszych ludzi za ich postępowanie. Żyją w modelu „wyrzucam śmieci, gdzie mi się chcę” od dziecka. Przez te wszystkie lata nie było nikogo, kto powiedziałby im, że to jest złe i jakie w skali globalnej niesie za sobą konsekwencję. Z przykrością myślę, że tamtejszy rząd nie będzie w stanie zbyt szybko zorganizować się do zwalczania tego problemu oraz edukowania obywateli.

Jedną z nadziei jesteśmy my – turyści czy też podróżnicy. Gdy już znajdziemy się w paszczy smoka, dawajmy przykład godny naśladowania. Idźmy za ciosem, bo już zaczęliśmy to robić – wiele barów przerzuciło się choćby na bambusowe czy papierowe słomki i chociaż jest to kropla w morzu to dla kogoś wrażliwego na tym punkcie, cieszy. Rozmawiajmy z balijczykami otwarcie, musimy dawać im do zrozumienia, że oczekujemy od nich zatroskania się stanem ich ziemi oraz mórz. Problem jest taki, że w indonezyjskiej kulturze panuje przekonanie, iż dbanie o środowisko jest wprost PASSE. Rozumiecie, co chcę powiedzieć, wyrzucając papier do kosza pokazujesz, że nie jesteś fajny. Smutny absurd.

Spaliny

Drugim problemem zanieczyszczeń są spaliny, ale ten temat potraktuję powierzchownie, ponieważ dotyczy on większości azjatyckich miast. Wynika to przede wszystkim z biedy, która nie pozwala im na zakup samochodów z bardziej ekologicznymi silnikami. Podróżując skuterem po balijskich drogach, mniej więcej po upływie 30 minut, mogliśmy udawać górników, którzy przed chwilą skończyli zmianę.

VI. KRADZIEŻE

Należę do tej grupy ludzi, którzy patrzą na wszystko pozytywnym okiem i wszelkie ostrzeżenia traktuję pół serio / pół z dystansem. Raczej wychodzę z założenia, że wszystko co negatywnego słyszymy, dociera do nas, za sprawą mediów, które lubują się przecież w tematach sensacyjnych, a pozytywne newsy się nie sprzedają. Nie podważam występowania takich sytuacji, niemniej jednak staram się oszacować ich rzeczywistą skalę i prawdopodobieństwo dotknięcia akurat mnie.

Skimming…

Czytałam w poradnikach, żeby uważać na Bali na kradzieże, ale to zupełnie jak wszędzie indziej (może oprócz Australii). Niestety tym razem rzecz przytrafiła się nam, a dokładniej związana była z kontem Oskara. Wypłacając pieniądze w jednym z bankomatów, doszło do tak zwanego skimmingu (czyli skopiowania zawartości paska magnetycznego karty płatniczej) oraz sczytaniu wstukanego kodu pin. Przestępcy (ponieważ skimming w świetle prawa jest przestępstwem) montują przy urządzeniach specjalne nakładki – na klawiaturę oraz w miejscu wkładania karty. Zdarzają się również mikro kamery. Dzięki temu zaraz po opuszczeniu budki bankomatowej mają wszelkie niezbędne dane do zrealizowania wypłaty z naszego konta. Konto Oskara wyczyszczono kilkoma wypłatami do zera.

… kontra bank

Uważam, że mam wręcz obowiązek poinformowania Was jak sprawa się potoczyła w banku, żeby Was ostrzec. Dodam, że chodzi o konto podróżnicze mBanku. Mianowicie, zaraz po zalogowaniu się do sieci wifi, czyli jakieś kilka godzin po wypłacie, Oskar zadzwonił na infolinię zgłosić sytuację. Po krótkiej rozmowie bank jeszcze tego samego dnia zwrócił kwotę „podejrzanych” transakcji. W ramach dalszych procedur zobowiązali go do napisania reklamacji. W związku z beznadziejnością zabezpieczeń mBanku przelaliśmy pieniądze ASAP na dużo bezpieczniejszego Revoluta. Po upływie dziesięciu dni zastaliśmy dług o dokładnej wartości skradzionych pieniędzy. mBank nie uznał reklamacji, zajmując konto. Wytłumaczeniem odmowy był zapis z umowy, iż ubezpieczenie nie obejmuje transakcji z użyciem kodu PIN. Usługodawca dobrze się zabezpieczył na wypadek skimmingu, nie troszcząc się ani trochę o klienta.

Oskar nie odpuszcza do dnia dzisiejszego, tocząc z bankiem boje, aktualnie sprawa jest w najwyższej instancji, tak zwanego arbitrażu. W ciągu kilkunastu dni, powinno się wyjaśnić, na kogo przesunie się szala zwycięstwa.

Szczególny zawód względem Bali związany jest z faktem, iż większość bankomatów jest pilnowana przez ochroniarzy. Do żadnego z nich nie możesz wejść w czapce, kasku ani niczym zakrywającym włosy lub twarz. Ponadto każdy posiada zainstalowaną kamerkę. Najczęściej będącą niestety przysłowiowym picem na wodę. W konsekwencji oznacza to brak możliwości zaufania służbom i ewentualny wzrost poczucia dyskomfortu / niebezpieczeństwa.

V. CWANIACTWO 

Cwaniactwa Balijczyków zaznacie z dużo większym prawdopodobieństwem niż opisanego powyżej złodziejskiego wybryku. Co mam na myśli pisząc o cwaniactwu ? My przede wszystkim doświadczyliśmy go w Ubud, w okolicach świątyń. Tuż po wyłączeniu silnika i zejściu ze skutera, podbiegła do nas kobieta sprzedająca chusty (do zakrycia nóg) wmawiając nam, że aby wejść na teren świątyni musimy KUPIĆ takowe nakrycie. Nauczeni poprzednimi doświadczeniami, nie daliśmy się zwieść. Im bliżej wejścia, tym ceny były niższe. Okazało się oczywiście, że chustę można było wypożyczyć za symboliczne 3000 Indonezyjskich Rupii (w przeliczeniu 80 groszy).

Nawiasem mówiąc, po wejściu do kompleksu można było kupić piwo w puszce i swobodnie, a wręcz afiszując się — wypić. W moich oczach jest to absurd, wynikający pośrednio z postępującej komercjalizacji. Zasada kulturowa stanowi, że miejsca kultu należy obdarzać szacunkiem i to rozumiem. Niestety z drugiej strony czai się licho, dające możliwość na zarobienie dodatkowych pieniędzy, zmuszające ich do przymknięcia oka na inne niegodziwości.

VI. TURYSTYCZNE MIEJSCA WYJĘTE Z PRZEWODNIKÓW

W sieci aż roi się od artykułów pod tytułem BEST THINGS TO SEE ON BALI. W znacznej części są one swoimi wzajemnymi kalkami. Większość z pozycji na tych listach to wspomniane świątynie. Głównie te znajdujące się blisko dużych miast i tuż przy głównych drogach, tak by logistyka do nich prowadząca była, jak najprostsza. Przede wszystkim zastaniecie tam masę innych zwiedzających, których obecność przeszkadza w kontemplacji miejsca (nie mylić z medytacją, o której nie ma mowy!).

Kolejny element to wspomniana już kultura nagabywania. Nawet po przekroczeniu bramy wejściowej będą tylko chcieli, żebyście coś (cokolwiek!) od nich kupili i nie pozwolą swobodnie spacerować. Co więcej, naszym subiektywnym zdaniem te folderowe świątynie wcale nie są najpiękniejsze. Po kilku wtopach postanowiliśmy zatrzymywać się w najbardziej randomowych, mijanych po drodze świątyniach. Wierzcie mi, to były najpiękniejsze miejsca, jakie na Bali zobaczyliśmy. Kilka z nich znaleźliśmy wcześniej na google maps, nie posiłkując się żadnymi listami, a po prostu przeszukując zaznaczone pinezki z podpisem TEMPLE.

Bali, jedna z randomowych świątyń 🙂

Insta feed

Następny grzech, w naszych oczach ciężki to słynne instagramowe bramy, przy których każdy influencer musi zrobić sobie serię zdjęć. Wiecie, co jest najzabawniejsze ? Przy tych bramach Balijczycy stawiają budki, w których mieści się kasa, w których sprzedają UWAGA (!): minuty na zdjęcie/selfie. Na kartce wisi groźba wyproszenia z miejsca, jeśli przyszłoby Wam do głowy przekroczyć limitowany czas. Brzmi fajnie, co ?

Jeszcze jeden turystyczny kicz to parki z tak zwanymi gniazdami, romantycznymi ławkami (oplecionymi serduszkiem) i tym podobnymi konstrukcjami. Absolutnie nie rozumiem fenomenu tych miejsc, ale wierzcie mi, znajdziecie je nawet po zapuszczeniu się w głąb wyspy. Co gorsza, nie można powiedzieć, żeby nie cieszyły się zainteresowaniem. Wyobraźcie sobie zdjęcie, na którym siedzimy objęci z Oskarem w ogromnym ptasim gnieździe lub – co gorsza – w gigantycznym pisklęcim jajku. W zasadzie umiem to zobaczyć oczyma zironizowanej wyobraźni, ale wiem, że byłaby to forma pastiszu, a 99,9% zainteresowanych, uważa je za coś autentycznie fajnego.

Wiecie, co nie zawodzi ? Wodospady, ale o tym za tydzień.

Bali, wodospady

VII. PLAŻE

Wstukaj w google.grafika BALI BEACHES, a wszystkie pierwsze wyskakujące pozycje nie będą wykonane na Bali. Wszem i wobec dementuję pogłoski, aby rajskie plaże były możliwe do znalezienia na tej indonezyjskiej wyspie. Owszem, niektóre są ładne, ale daleko im do niebiańskich. No to dlaczego zdjęcia z google kłamią ? A no dlatego, że autorzy zdjęć błędnie je podpisują.

To też nie tak, że pokazane plaże znajdują się zupełnie gdzieś indziej. Znacząca większość z nich przedstawia plaże sąsiadujących wysp: Nusa Penida, Nusa Lembongan oraz Nusa Ceningan. Są one oddalone o zaledwie godzinę promem od Bali a ich klimat, urok oraz krajobraz przenosi w zupełnie inny świat. Między nimi znajdziecie także powalające zdjęcia z wysp Gili, które położone są tuż przy Lomboku i w świetle rzeczywistości daleko im do wybrzeża, które zastaniecie na Bali.

Nusa Penisa, Kelingking Beach

Ponadto balijskie plaże są mocno zaśmiecone. W Kedungu, gdzie przez tydzień uprawialiśmy surfing, 3 dni pod rząd po zakończonych sesjach na falach, przynosiłam do szkółki żarówki wyrzucone przez morze na brzeg. Wszędzie walają się plastikowe butelki, zakrętki i opakowania po chipsach. Trochę lepiej ma się sprawa w przypadku prywatnych lub publicznych, lecz płatnych plaż. W takich przypadkach administracja stara się przykładać uwagę do czystości. No i oczywiście po wejściu do wody musicie liczyć się z tym, że będziecie ocierać się o foliowe opakowania, siatki i może niewyczuwalne ale pływające drobiny rozkładającego się powoli plastiku.

ODCZAROWAĆ BALI

Tym tekstem chciałam poniekąd trochę odczarować Bali, uświadamiając, że jest znacznie więcej wartych uwagi destynacji, które być może od samego otagowania się na mediach społecznościowych, nie wywołają wśród Waszych obserwujących efektu WOW. Niemniej jednak jest to spostrzeżenie subiektywne i zdaję sobie sprawę, że dla wielu osób opisane przeze mnie zjawiska mogą nie stanowić większego problemu. Przez pierwsze dni my również byliśmy pod zachwytem wyspy, ale każdego dnia odkrywaliśmy jej prawdziwe oblicze. Od chęci zamieszkania tam na dłużej, przeszliśmy ewolucję, aż do wniosku, że przez najbliższe 10 lat nie ma tam, po co wracać.

MIMO WSZYSTKO BALI DA SIĘ LUBIĆ

Każdy szuka w wakacjach czegoś innego i jeśli spędzenie kilkunastu dni w luksusowym hotelu jest właśnie tym, o czym marzycie, to z pewnością Bali spełni Wasze oczekiwania i będziecie zachwyceni. Także i eksploratorzy znajdą tutaj coś dla siebie, ale trzeba zboczyć z głównych szlaków i zrobić to umiejętnie oraz dać się ponieść spontaniczności.

Na pewno Bali jest również fantastycznym miejscem do nauki oraz uprawiania surfingu. Wzdłuż wybrzeża znajdziecie wiele spotów na różnych poziomach trudności. Szkółki są sensownie wyposażone i jak dobrze trafisz, masz szansę pobierać lekcję od ogarniętych instruktorów. Coś sprawia, że ta forma aktywnego wypoczynku na Bali smakuje naprawdę dobrze.

Surfing na Bali, Kedungu

Na ten moment zostawiam Was z opisanymi obserwacjami a przeprocesowanie ich na własny użytek leży w Waszych rękach (głowach). W kolejnym wpisie przedstawię Wam jak alternatywnie zaplanować wypad na Bali, tak by omijać komercyjne miasta i turystyczne atrakcję oraz zachęcę do wybrania się poza balijski ląd. Indonezja bowiem to tysiące wysepek, znacznie bardziej wartych uwagi, szczególnie jeśli jesteście typem poszukiwaczy przygód.

Peace !

Bądź na bieżąco!

Nie martw się, nie będziemy spamować

Wyrażam zgodę na wysyłanie newslettera przez Z dala od domu.

One thought on “7 grzechów głównych Bali”

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: