Na zajawie – KiteSURFING

Budzą Cię promienie słońca wpadające przez okno, otwierasz oczy i uświadamiasz sobie, że to kolejny dzień surferskiego lata nad oceanem. Mieszkasz w przyczepie na plaży, obok kampery znajomych. Każdy z Was ma kilka desek surfingowych i codziennie zaczynacie dzień od obserwacji morza. Później spędzacie kilka godzin w wodzie. Wiosłowanie i łapanie fal. Słońce, wiatr, woda, chill. Brzmi dobrze co? Gdy o tym marzyłam, nie wiedziałam jeszcze czym jest kitesurfing.

Drugi tekst miał być o Nepalu i trekkingu dookoła masywu Annapurny, ale jak wiadomo kobieta zmienną jest. (aktualizacja, wspominany wpis już powstał). Za kilka godzin wylatuję do Egiptu na tydzień pływania. Sto procent zajawki na kitesurfing i właśnie stąd spontaniczny pomysł na wpis dookoła tej tematyki.               

Surfing, kitesurfing – jak to się zaczęło ?

Na samym początku było marzenie opisane w pierwszym akapicie. Brzmi znajomo ? Jeśli tak to z dużym prawdopodobieństwem  jesteś jednym/jedną z tych, którzy od dzieciaka jarali się deskorolką, rolkami, bmx’ami, snowboardem, nartami i tym podobnymi dziedzinami sportu. Oczywiście, wszystko najlepiej na freestajlu.

Pamiętam pierwszą deskorolkę z hipermarketu, którą dostałam na imieniny albo dzień dziecka. To była radość. Od 7 roku życia jeżdżę na snowboardzie, w wieku licealnym wszystkie słoneczne dni spędzałam z ziomeczkami jeżdżąc na freeboardz’ie (ała, zdarte kolana i dłonie) a wieczorami oglądaliśmy zajawkowe filmy sportowe na YouTube. Właśnie wtedy zapragnęłam, aby móc kiedyś spróbować pływania na wodzie z latawcem. Kitesurfing śnił mi się po nocach. Mam farta, że mój Tata jest sportowym świrem (<3) i odziedziczyłam to po nim w genach. Jego podejście do nauczania mnie było dość radykalne – jak się nie przewrócisz to się nie nauczysz i radź sobie sama. Chociaż zawsze był w pogotowiu, żeby wybawić mnie z opresji.

Półwysep Helski

To miejsce niezwykłe, tętniące wakacyjną atmosferą od czerwca do końca sierpnia i totalnie wyciszone poza sezonem. Nie o tym jednak rzecz. Dla wszystkich zajawkowiczków sportów wodnych to przede wszystkim raj. Zatoka Pucka, która jest częścią Zatoki Gdańskiej tworzy idealne warunki do pływania na kitesurfingu oraz windsurfingu. Dla początkujących dużym atutem jest płytka (w skali porównawczej do otwartego morza) woda. Półwysep usłany jest polami campingowymi. Ich klimat jest nie do podrobienia i jeśli jeszcze nie mieliście okazji doświadczyć – polecam. (Chyba, że to nie Wasz świat to wtedy doznania mogą być różne ;-). Na każdym polu oraz w każdej helskiej mieścinie znajdziecie przynajmniej kilka szkółek oferujących pojedyncze lekcje oraz pełne kursy. Słyszałam o osobach, które nauczyły się pływać na sprzęcie znajomych bez wprowadzenia instruktora, ale osobiście jestem zwolenniczką chociaż kilku godzin lekcji. Kitesurfing nie należy bowiem do sportów najłatwiejszych i dla nieprzygotowanych może być też bardzo niebezpieczny.

IKO – International Kiteboarding Organization

Latem 2015 roku zrobiliśmy z Tatą podstawowy kurs IKO. To był wyjątkowo zimny i deszczowy tydzień w Jastarni, czasem wiatr był dla mnie za mocny i lekcje były odwoływane lub przekładane.

Pierwsze 3-4 godziny to teoria na lądzie: kierunki wiatru, okno wiatrowe, nomenklatura sprzętu i jego części, zasady bezpieczeństwa i takie tam. Później dochodzi rozkładanie baru, pompowanie latawca, wiązanie linek i w końcu sterowanie *. Chyba każdy czeka, żeby w końcu wejść do wody. Zaczyna się bez deski tak zwanymi body dragami, czyli pływaniem na brzuchu. Kiedy już nauczymy się tą metodą halsować się z wiatrem i pod wiatr do punku startowego, możemy zacząć starty z deską.

Od tego momentu tempo progresu jest kwestią bardzo indywidualną. Jedni skumają od razu jak wystartować  i płynąć a inni potrzebują więcej czasu na złotą metodę prób i błędów. Do skoordynowania jest kilka elementów. Latawiec – określone ruchy tak aby nabrał mocy, która zdoła wyciągnąć nas z wody. Deska – nie możemy pozwolić jej się zatopić pod wodą. Ciało i wzrok – najtrudniejsze dla mnie na początku było odzwyczajenie się od patrzenia na latawiec.

Ten moment, kiedy płyniesz pierwsze kilkanaście metrów. Ekscytacja na całego. Później dochodzą zwrotki w jedną oraz drugą stronę i umiejętność halsowania się na desce pod wiatr. Tak mniej więcej wyglądał mój pierwszy sezon, który trwał raptem kilka dni.

Później było i łatwiej i trudniej.

Łatwiej, ponieważ pierwszą styczność miałam już za sobą. Trudniej, ponieważ po kilku pojedynczych godzinach przypominających, trzeba było się usamodzielnić na wodzie i zniknęło poczucie bezpieczeństwa w postaci osoby, która zawsze ruszy z pomocą lub wykrzyczy jak w danej sytuacji zareagować.

Przyznam szczerze, miewałam momenty zwątpienia. Latawiec ciągle lądował w wodzie, wpływałam  innym surferom w drogę, gubiłam deskę. Nawet wylądowałam w porcie i pod molo (siara niemała, ale piszę do Was tylko szczerze). Tata się na mnie denerwował, bo zawsze pływałam nie tam gdzie powinnam a ja po prostu nie umiałam dopłynąć na docelowy spot. Po jednej z tych wodno-wietrznych przygód, gdy użyłam już wszystkich systemów bezpieczeństwa (czyli finalnie pozbyłam się latawca na wodzie, bo ciągnął mnie tam gdzie bardzo nie chciałam być ciągnięta) dopłynęłam żabką do brzegu, zrzuciłam na plaży trapez i ze łzami w oczach powiedziałam: PIEPRZĘ TO, nigdy więcej.

Tego samego wieczoru rozplątywałam niemożliwie poplątane linki od baru a kolejnego poranka byłam w wodzie. Żeby była jasność, nikt mnie nigdy do tego ani nie namawiał ani tym bardziej nie zmuszał. Po prostu taka już jestem, nie poddaję się jeśli mi na czymś zależy. Międzyczasie nabrałam również doświadczenia jak reagować i jak nie reagować na wodzie w razie nieciekawych sytuacji. Najważniejsze to zachować spokój. Taaaa, Łatwo się mówi. Nie pomagał mi również fakt, że nad morzem spędzałam maksymalnie 3 tygodnie w roku. Poza tym czasem nie miałam z kajtem nic do czynienia, a jak wiadomo praktyka czyni mistrza.

Mój tata nie rozstaje się z latawcem przez cały rok. Mają w Małopolsce ekipę wariatów, którzy cisną o każdej porze roku. Zima – snowkite (snowboard z latawcem). Wiosna oraz jesień – kite mountainboard (decha z dużymi kółkami) na płaskim terenie. Lato – pobliskie jeziora. Zapaleńcy jakich mało.

Daddy, Jastarnia

W końcu się nauczyłam.

Pod koniec trzeciego sezonu nad zatoką w końcu zaczęłam naprawdę czuć się dobrze na wodzie. Z tego co pamiętam wtedy podejmowałam pierwsze próby skoków. To  były chwile, kiedy poczułam coś czego nigdy się nie spodziewałam: kitesurfing jest piękniejszy niż snowboarding. Coś niespodziewanego w moim ówczesnym mniemaniu.

Pamiętam to późne popołudnie, zachodzące słońce i lekki wiatr na czternastkę**. Przeszywające uczucie podjarki. Gdy zaczynasz czuć wiatr i nad nim panować, kitesurfing staje się sportem, który daje nieopisywalne poczucie wolności. Inne niż każde dotychczas mi znane.

Rok później spędziłam dwa tygodnie na Sardynii. W polskiej bazie kitesurfingowej, gdzie na pro campie z Łukaszem Ceranem stawiałam pierwsze freestajlowe kroki, począwszy od backrolla. Raz szło lepiej, raz gorzej. Pod koniec kilka razy zrobiłam nawet podwójnego (obrót wokół własnej osi o 720st), ale około 50% podejmowanych prób kończyło się glebami. Niemniej jednak to był dobry sezon. Rok temu byłam w Jastarni tylko kilka dni (nawet nie ciągiem, a wyrywkowo) ale udało mi się spróbować pływania w butach.

W styczniu tego roku byłam w trakcie mojej pięciomiesięcznej podróży. W Wietnamie dołączyła do rodzinka mnie i spędziliśmy razem 10 dni w Mui Ne. Znanym spocie kajtowym w tym kraju. No i to był dla mnie na początku strzał w policzek. Silny wiatr i duże fale rozbijające się przy brzegu. Nie bardzo wiedziałam jak się za to zabrać, wszyscy (olaboga, serio jestem taką ofermą?) przeskakiwali sobie ponad nimi kilka metrów w głąb. Dalej już było tylko pływanie. Ja się za to zabierałam na dwa razy, za pierwszym spękałam i dopiero za drugim podejściem odważyłam się dać się przeciorać tym falom.

kitesurfing, jastarnia
Jastarnia, 2017

Kitesurfing w El Gounie

Od jutra zaczynam freestyle’owy pro camp na spocie, który podobno sprzyja progresowi. El Gouna w Egipcie. Ciepełko, mocny wiatr, laguna, piękna woda. +10 na wstępie. Cel: dopracowany backroll (skill, który chciałabym, żeby został na zawsze a nie tylko na sezon), backroll trasition, i frontroll. Będzie dobrze, wiem to. Zresztą liczy się dobra zabawa.

Zawsze chciałam zobaczyć piramidy w Gizie.

Pamiętam, że jako nastolatkę nadzwyczaj fascynowała mnie historia piramid. Swój wkład w to miały owiane tajemnicą programy emitowane na Discovery Channel oraz Discovery Historia. Bardzo, bardzo chciałam je zobaczyć. Nie było mi jednak dane, w międzyczasie Egipt i Tunezja stały się popularnymi destynacjami na typowe wakacje w kurorcie (basen & all inclusive), co odebrało im uroku.

Symbolem wprost klasycznym stały się zdjęcia z piramidami trzymanymi w dwóch palcach, foty na wielbłądach w sandałach i białych skarpetkach. Możesz pomyśleć, że jestem hipokrytką ponieważ rzecz jasna moja wizyta tam nie będzie backpackerską podróżą z dobytkiem na plecach, ale to jest stricte sportowy wyjazd i należy go traktować jako odrębną kategorię. Sam sprzęt, który zabieramy waży około 40 kg. Liczy się czas spędzony na wodzie.

I takim sposobem po parunastu latach lecę w końcu do krainy z młodzieńczych fantazji i nawet nie będę miała okazji zobaczyć Sfinksa. No chyba że… zdarzyłby się dwudniowy zanik wiatru. Wtedy wsiadam w turystyczny autokar i jadę doświadczyć sama nie wiem czego. Zastanawiam się jaki byłby mój odbiór tego miejsca i jego starożytnej, niewyjaśnionej do końca historii w zestawieniu z jego komercjalizacją. Nie mam pojęcia jakie jest aktualne zainteresowanie tym ex cudem świata (uaktualniona lista 7 cudów świata już nie zawiera piramid w Gizie), zdarzają się ostrzały, więc może niebezpieczeństwo odstrasza masy ludzi. Jeśli ktoś z Was odwiedzał ostatnimi czasy to miejsce, koniecznie dajcie znać.

Reasumując kwestię pływania na kajcie, polecam najbardziej.

Szczególnie tym, którzy lubią sporty ekstremalne i w przeszłości chodziło im po głowie spróbowania tego sportu. Początki są różne (może akurat dla Ciebie będą łatwiejsze, trzymam kciuki) ale gdy złapiesz wiatr w latawiec to gwarantuję odpał i utratę głowy. W pozytywnym sensie.

Miało być również o surfingu, ale rozpisałam się aż za nadto. Dzięki temu powstał pretekst do osobnego artykułu  przy okazji Indonezji oraz Bali. Następny post to wrota do trekkingu w Himalajach (o ile coś mi nie wpadnie do głowy i nie uznam, że należy to sobie w niej wybić), ale bądźcie cierpliwi. Nie zabieram ze sobą elektroniki dużych gabarytów, także dajcie dwa tygodnie.

Peace, Love and Habibi.

*Rada dla wybierających się na kurs. Kupcie sobie wcześniej mały latawiec treningówkę i zanim przyjdziecie do szkółki miejcie go opanowanego, to dużo daje.
**Latawiec o rozmiarze 14 m 2.

P.S. Wróciłam i cudownie się bawiłam

z-dala-od-domu-blog-podrozniczy-kitesurfing-na-zajawie
El Gouna, backrol / autor: Adam HARRY Charuk

Bądź na bieżąco!

Nie martw się, nie będziemy spamować

Wyrażam zgodę na wysyłanie newslettera przez Z dala od domu.

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: